NiezależnyFinansowo.pl

Rwetes, krzątanina, pośpiech, czyli HUSTLE po polsku

Gdy sięgam pamięcią do czasów nastoletnich, to widzę zajebiście głodnego młodziana. Głodnego, bo obżerał maminą lodówkę do tego stopnia, że ta załamywała ręce myśląc: ile nastolatek może wchłonąć jedzenia i nadal chcieć więcej?

Ten głód miał jeszcze inny wymiar – wymiar przedsiębiorczy. Byłem szalenie obrotnym młodzieniaszkiem. Kasy w domu nie było wcale, więc musiałem ją znaleźć gdzie indziej. Tych źródeł było trochę. Zacznę od standardu, czyli roznoszenia ulotek. Codziennie po szkole, 4h dziennie i w weekendy do oporu roznosiłem ulotki z pizzerii za 4 złote na godzinę, czyli zazwyczaj 16 zł dziennie. Przyjemne z pożytecznym, bo kasa wpadała w formie tygodniówek, a swoje po schodach się nachodziłem co na pewno pomagało w utrzymaniu sprawności fizycznej. Tak się to kręciło do czasu aż w wyniku bardzo emocjonalnej konwersacji z kierownikiem zakończonej dumnym odwróceniem się na pięcie i spektakularnym rzuceniu pracy utraciłęm to źródło zarobkowania. W ogólnym rozrachunku byłem stratny, ale kurczę… jaki dumny z siebie! Ale to historia na kiedy indziej.

Zarobiłem też solidne pieniądze na handlu domowymi starociami na targu. Tych staroci miałem co nie miara, ponieważ mój tata był zbieraczem (tak, prawie takim jak w tych programach w TV) i było co sprzedawać. Nie mam pojęcia ile na tym zarobiłem, ale to właśnie tutaj zbierałem swoje pierwsze szlify w handlu bezpośrednim, uczyłem się targowania i ogólnie rozumianego biznesowego cwaniactwa. Gdy już ta żyła złota wysychała, to podejrzałem że na targu pojawił się nowy typ cwaniaka. Cwaniak taki handlował kartami SIM, które działały i miały ważny numer, ale nie miały nic na koncie (o czym kupujący był informowany! To nie był scam!). Powinny kosztować 20 złotych, a sprzedawali je po 5 złotych. Postanowiłem się przyjrzeć temu nieco bliżej.

Okazało się, że mogę takie karty dostać na raczkującym jeszcze wtedy Allegro. Im więcej, tym taniej. Zamówiłem więc dwieście takich kart po niecałe 2 złote za sztukę, udałem się na pocztę żeby wypełnić blankiet przelewu i niecierpliwie czekałem na przesyłkę. Nie było wtedy bankowości internetowej (a przynajmniej nie była szeroko dostępna), o BLIKu czy Apple Pay można było pomarzyć, więc na paczkę z Allegro czekało się ponad tydzień. Tydzień czekania w nadziei, że sprzedawca nie postanowił wysłać cegły w pudełku. Gdy paczucha dotarła, poczekałem na dzień targowy i biznes zaczął się na dobre. Sprzedawałem te karty z trzy złotową marżą sprzedając kilkanaście kart pierwszego dnia i kilka kolejnego. Niby spoko, ale to nie to, czego oczekiwałem. Każdy ze sprzedawców kart SIM siedział przy swoim stoliczku i czekał, aż klient do niego przyjdzie. Naszą jedyną formą zwabienia klienta była kartka z ceną i ewentualne obniżanie ceny niżej niż konkurencja (co spowodowałoby zapaść całego “sektora”).

Karty SIM były zaskakująco chodliwym towarem.

Postanowiłem spróbować czegoś innego. Spakowałem karty do plecaka, wziąłem do ręki około dziesięciu kart i zacząłem robić coś, na co inni sprzedawcy zdecydowanie nie byli gotowi. Chodziłem wokół placu targowego wymachując kartami i krzycząc “Karty SIM w dobrej cenie! 5 złotych za sztukę! Zapraszam!”. Byłem nieśmiałym dzieckiem i do tej pory nie umiem powiedzieć skąd wzięła się we mnie taka odwaga, ale było to szalenie skuteczne. Tworzył się tłum wokół mnie, ludzie dopytywali o co chodzi, kupowali po kilka kart naraz. Podczas jednego przejścia wokół placu zarobiłem więcej niż przez kilka poprzednich dni. Uznałem, że to dobry pomysł, żeby wykręcić jeszcze lepszy wynik i przy kolejnym przejściu krzyczałem cenę 10 złotych… I wiesz co? Ludzie rzucali się na to tak samo jak wcześniej, a może nawet bardziej, bo byłem bardziej pewny siebie. Wykręciłem tego dnia niesamowity wynik, zamówiłem więcej kart i tak biznes się kręcił. Wykosiłem konkurencję, ponieważ nikt nie był gotów zrobić z siebie takiego pajaca jak ja i po paru takich dniach już nieliczni mieli w ofercie karty w cenie o połowe niższej niż moja i bez większego ruchu przy swoim stacjonarnym stoisku. A ja sobie wesoło chodziłem, krzyczałem i liczyłem banknoty. Oczywiście i ta żyła złota wyschła w końcu, bo ostatnie swoje karty mimo spektakularnego sposobu promocji sprzedawałem po trzy złote za sztukę, ale całkowity zwrot z inwestycji był na bardzo wysokim poziomie.

Nadal ucząc się w szkole średniej zarabiałem też pracując fizycznie przy wykopaliskach archeologicznych, obsłudze wesel, sprzedaży okularów i parasolek. Przy tej ostatniej pracy też korzystałem z umiejętności handlowych (lub cwaniactwa), bo w dni w które spadał nagły, ulewny deszcz podnosiłem cenę parasolek o 100% sprzedając je nieprzygotowanym turystom.

Gdy wspominam te wszystkie rzeczy widzę, jaki byłem głodny zarobku. Nie narzekałem, że mnie bolą nogi, że robię z siebie glupca, że muszę stać w deszczu. Łapałem każdą możliwość zrobienia biznesu i wyciskałem z nich co się dało, a następnie szukałem kolejnej.

WIele lat później, gdy już pracowałem za sensowne pieniądze, ten dryg do szukania możliwości zarobku zaczął zanikać i dopiero kilka miesięcy temu zorientowałem się, że nie jestem już tym samym człowiekiem co wtedy. Ta sztuka “hustlingu” została zepchnięta w otchłań niepamięci przez komfortową finansowo sytuację w której się znajduję. Całe szczęście zorientowałem się w tym, co się stało i postanowiłem wrócić do starego siebie!

Ostatnie tygodnie spędziłem próbując zdobyć dodatkowe źródła zarobkowania. Chociażby wyprzedaż garażowa, którą ostatnio zorganizowałem i która w pewnym wymiarze nadal trwa, bo wystawiłem na sprzedaż kolejne przemioty, które nie przynoszą mi radości. Zebrałem również materiały do wykonania osobliwych wiszących lamp drewnianych, które są pożądane na rynku. Czekam, aż drewno wyschnie i biorę się do roboty!

Każdy kto goni niezależność finansową wie czym jest dochód pasywny. W tę stronę też poszedłem. Odkrywam uroki fotografii stockowej, która jest cięższym kawałem chleba niż się powszechnie uważa, ale przy odrobinie doświadczenia pozwala na wygenerowanie dodatkowego zarobku. To dla mnie nowa rzecz i chętnie pochwalę się efektami tego biznesu, gdy się już trochę rozkręci.

Pochwalę też Panią NF, która mi bardzo zaimponowała dekoracjami świątecznymi w postaci wianków/stroików wiszących, które wykonuje w dużej mierze z przedmiotów znalezionych w lesie takich jak szyszki, kora drzewna, gałązki. Wyglądają pięknie, dzięki czemu przykuwają uwagę i bez większego trudnu znajdują nabywców.

Faktem jest, że żyjemy w czasach w których na wszystkim można zrobić biznes, wystarczy się jedynie rozejrzeć. Szczególnie, jeśli ten biznes ma być zwyczajnym dorabianiem do pensji. Tymczasem widzę ludzi, którzy nie tylko omijają okazje do ubicia interesu, ale też aktywnie i z premedytacją pozbawiają się takiej możliwości. Widzę ogłoszenia na których ludzie wystawiają za darmo, za kawę lub dosłownie za grosze takie rzeczy jak sprawna lodówka, telewizor, drogie zabawki dziecięce. Jeszcze większy dramat, jeśli te rzeczy zwyczajnie wyrzucają! Pewnie, możesz powiedzieć że robią coś dobrego oddając je a bezcen, ale prawda jest taka, że te przedmioty najprawdopodobniej nie trafią do kogoś potrzebującego, a do kogoś kto je sprzeda z zyskiem.

Przed wystawieniem czegoś za darmo zastanów się czy jesteś już wystarczająco bogaty, że chociażby 300 złotych za używany telewizor nie ma dla Ciebie wartości. Jeśli tak faktycznie jest to gratuluję Ci – zapewne już jesteś niezależny finansowo! To samo dotyczy podjęcia się dodatkowego zadania, które wygeneruje Ci dodatkową gotówkę. Zgodzę się, że wyprzedaż garażowa, fotografia stockowa, dłubanie w drewnie czy robienie stroików może nie być czymś, co zapewni stały dobrobyt, ale stanowi niezłe źródło dodatkowych pieniędzy. Polecam zastanowić się, czy zamiast oglądać kolejny odcinek serialu na Netflixie, albo przesiedzieć godzinę na social media, nie warto podjąć się czegoś, co generuje zysk – nawet jeśli nie jest on imponujący.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *